Praca z nicią przybliża mnie do materii. Uświęcone, białe płótno zmieniam na surową, miękką tkaninę gotową na eksperymenty. Wybieram nici z naturalnych składników – bawełny i lnu. Są szorstkie, matowe, niejednorodne. Takie też jest płótno na którym maluję. Jest to zdecydowana opozycja do bieli zagruntowanej blejtramy. Surowość splotu lnu zachęca do prób, zdaje się obiecywać, że wybaczy błędy. Biel zobowiązuje. Ziemistość płótna i struktura materiału dodaje mi odwagi, pobudza wyobraźnię. Oddziałuje na wszystkie moje zmysły. Obrazy te powstają w kontakcie taktylnym – dotykam, dziurawię, przewlekam. Szyję na krosnach technicznych, aby po ukończeniu dzieła napiąć je na malarskim krośnie, ostatecznie zdecydować o kompozycji i odciąć to, co zbędne. Jest to proces organiczny. Kształtuję je kawałek po kawałku, idę krok w przód i krok w tył. Stąpam po niepewnym gruncie.
Nić jest surowa, dynamiczna, pełna ekspresji - a z drugiej strony niemalże medytacyjna, powtarzalna, misteryjna. Dostosowuje się do tempa, którego nie da się przyśpieszyć. Nić uczy pokory.
Kolory nici mieszam tak, jak malując farbami. Pod spodem układam te, które będą lekko prześwitywać, a na wierzch dale pojedyncze nitki transparentnej barwy. Wiem, jakie kolory połączyć, by powstała szarość chmur. Do ziemistych brązów dodaje ultramaryny zielonej, ożywiam kompozycję mocnym akcentem turkusu. Nici nie noszą historycznych nazw pochodzących od pigmentów lub miejsc, posiadają jedynie numeryczne oznaczenia. Mam swoje ulubione. Moje kolory dostrzegę wszędzie, nie ważne czy jest to tubka olejnej farby, szpula nici czy rdza.
Denerwowały mnie hafty krzyżykowe, skomplikowane ściegi, szycie swetrów na drutach gdzie nagle w całości jeden rządek był na odwrót i nie dało się tego poprawić, poplątane nitki, supełki nie po tej stronie. A najbardziej już wzorniki i to już od razu z podanymi kolorami.
W końcu po latach mogę szyć w pełnej wolności. Bez zasad i tym samym bez błędów. W chaosie, w którym każda zmiana zmusza mnie do elastyczności i kreatywnego myślenia.









