Loading

PLENERY

mój sposób na to, aby oddychać

Autentyczność w tym, co robimy, to bezcenna wartość. Dlatego uwielbiam plenery. Są dla mnie sposobem, aby odnajdować ciszę.


Praca w plenerze jest moim ulubionym momentem w procesie powstawania obrazów. Najpierw go poszukuję. Zagłębiam się w okolicę, eksploruje, wybieram. Przystawiam blejtramy, zwijam, szukam dalej. Gdy już się odnajdziemy, wtapiam się w pejzaż. Nie analizuję – odczuwam. Dotykam natury, poznaję na własnej skórze temperaturę, skalę. Odczytuję nastrój, poddaję się wszystkimi zmysłami aurze, a następnie oddaję to, co widzi oko i czuje ciało. 

 

W plenerze pracuję szkicowo. Szkic jest pierwszą nagą myślą, pierwszym świeżym wrażeniem. Nie jest formą początkową czy pośrednią, ale docelową. Ostatecznym komentarzem. W wykańczaniu obrazów dbam, aby go nie zatracić. 

To, czego szukam, to esencja miejsca – atmosfera, kompozycja, kolorystyka. Światło lubię rozproszone, nieostre. Zmiękczone przez mgły, zasnute chmurami. W obrazach nie gram światłocieniem, interesuje mnie ponadczasowy spokój. Perspektywy szukam w powietrzu, które dzieli mnie od kolejnych planów na horyzoncie. Im więcej go dookoła, tym głębiej mogę odetchnąć. Szukam niuansów, subtelnych znaczeń, cichych głosów. Tę kolorystykę odnajduję zimą, wczesnym przedwiośniem i gdy złota jesień ustępuje szaro-polskiej. 

 

 

W plenerze czuje się osadzona, wiem, że jestem częścią czegoś większego i nazywam to. Czuje się jednością ze moim ciałem i przyrodą. Synchronizuję się. To zmniejsza presję, bo nasz wpływ jest bardzo mały. Zima pomaga w tym szczególnie, bo bodźce są silniejsze – mróz przypomina, że żyjemy, śnieg zachwyca, noce są jasne, a dni oślepiające. Szreń, szadź, gołoledź, firn, krupy, lodoszreń – tym wszystkim obdarowuje nas zima. 

 

Ta ujmująca aura pogody od lat pobudza mnie, zmusza do myśli przejrzystych, konkretnych i wnikliwie celnych. Zima nie wybacza. Przelewam ją na płótno w ten sam sposób – bezkompromisowo, z precyzją przekazu, w pełnej szczerości i prawdzie momentu. 

 

Jestem zakochana w naszym ojczystym krajobrazie. Surowość pól, graficzność przestrzeni, nagie kształty drzew, szadź, błoto i kałuże. Omijam zjawiskowo piękne widoki, do których nie można nic dodać. Nie maczam w nich pędzla. 

 

Dziś sztuka jest, obok macierzyństwa, całym moim światem. Potrzebuję jej szczególnie teraz, gdy jestem młodą matką.
Moment, gdy maluję, to czas dla mnie. Pozostaję wówczas sama ze sobą. Praca twórcza wymaga skupienia. W codziennym zabieganiu nauczyłam się korzystać z każdej wolnej chwili, by malować. Gdy nie maluję fizycznie – maluję myślami. 
To mój sposób na to, by oddychać. Głęboko, zimnym powietrzem, które przypomina, że żyję naprawdę.